Wyprawa do Dortmundu

Odcinek I

Relacja z tournee Leszczyńsko-Dortmundzkiego będzie trzyczęściowa, bo w jednym odcinku mi się wszystkiego nie uda zmieścić. Zacznę może od przypomnienia czytelnikom wypowiedzi Chapsikowej, która po mojej przygodzie z płonącym pociągiem zapowiedziała, że na następną wystawę dowiezie mnie bezpiecznie swoim autobusem. No i dowiozła, ale niemal wyłącznie na piątym biegu, bo inne odmówiły współpracy. Szczególnie wesoło było na rondach, które pokonywaliśmy z zawrotną prędkością, rozpłaszczając się na ścianach. Podziękowania dla Łukasza Hemowego, który przejął ten upiorny autobus i dzielnie walczył ze sprzęgłem.

    Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że przed nami są sędziowane dogi w ilościach hurtowych, więc rozbiliśmy obóz w cieniu kwitnących akacji i czekaliśmy cierpliwie na naszą kolej uzupełniając płyny ustrojowe. Kiedy nasza kolej już nadeszła, wszystko potoczyło się już sprawnie: Jachcik i Zorka zgarnęli po CWC, a Lucek uległ American Dollarowi i musiał zadowolić się srebrnym medalem.

W tym czasie Koniak z zapaleniem korzonków ozdabiał stoisko sklepu Mamutek , w którym jego pani wspomagana przez Najsprawniejszego Członka KWB wraz z Małżonką zaopatrywała ludność w szczotki, miski i inne psie akcesoria.

Po wystawie pożegnałam się z moją drużyną i wraz z załogą Mamutka udałam się na spacer nad jezioro, a następnie na zasłużony spoczynek.

W poniedziałek i wtorek uczestniczyłam (przeważnie biernie) w przygotowywaniu przyszłej świetności Mamutka , którego otwarcie planowane jest na koniec czerwca. W wolnych chwilach zastanawiałam się czy i jak dotrę do Dortmundu, bo w ostatniej chwili mój środek transportu i plan podróży szlag trafił. Mało brakowało, a i mnie by trafił, ale dzięki Misialinkom dotarłam szczęśliwie na miejsce, o czym w następnym odcinku.

Odcinek II

W środę rano zapakowaliśmy się z Jachciem do pociągu i udaliśmy do Wrocławia, gdzie mieliśmy połączyć się z Misialinkami. RaV Misialinka dotarł z opóźnieniem zaledwie trzygodzinnym, co w jego skali można określić jako przybycie niemal punktualne. Dalsza podróż przebiegała sprawnie do momentu przekraczania granicy, na której odpadł nam pojemnik z płynem do spryskiwacza. Po przymocowaniu go we właściwym miejscu ruszyliśmy dalej i jechalismy, i jechaliśmy, i jechaliśmy prawie do zmroku, z niewielkimi przystankami. Gosia Misialinkowa wyrażała głęboką dezaprobatę, że za granicą wszystko wygląda tak samo jak u nas. Nie licząc braku dziur na drodze oraz wiatraków robiących prąd.

Wieczorem postanowiliśmy przespać się gdzieś i wyszło na to, że w samochodzie na parkingu, bo poszukiwania campingu spełzły na niczym. Postanowiliśmy jednak znaleźć parking zgodny z naszymi europejskimi wymogami, który wyposażony byłby w górkę osłaniającą od autostrady, stoliki i ławki do cywilizowanego spożycia kolacji i śniadania, toaletę i prysznic, dobre oświetlenie oraz ładnie urządzoną zieleń. Mało brakowało, a przez te  wymagania spalibyśmy w Dortmundzie pod mostem, ale w ostatniej chwili przed wjazdem do miasta udało nam się odpowiednie miejsce (choć bez górki) znaleźć. Była nawet miska z wodą i Frolikami dla psów.   Rano, kiedy  udało nam ustalić, które zdrętwiałe ręce i nogi do kogo należą, przywrócić w nich krążenie oraz odzyskać pozycję w miarę wyprostowaną, ruszyliśmy do Dortmundu celem dokonania wizji lokalnej na terenie wystawy, aby następnego dnia wszystko już wiedzieć i się nie miotać. Sprawdziliśmy gdzie są nasze ringi, wzięliśmy katalogi i udaliśmy się na poszukiwanie campingu. Dzięki wskazówkom od grupy Arislandowej znaleźliśmy go nadspodziewanie szybko i resztę dnia spożytkowaliśmy na odnowę biologiczną, obserwując  przybywanie coraz to nowych przedstawicieli różnych ras, czasem zupełnie nam nieznanych. Wieczór upłynął w atmosferze pogodnej i piknikowej, a fakt, że udajemy się na wystawę światową dotarł do nas w pełni dopiero następnego dnia, o czym w kolejnym odcinku.

 

Odcinek III

W piątek rano Jachcik zarządził pobudkę spuszczając nam powietrze z materaca za pomocą wbicia weń pazura. Pogodna atmosfera pikniku ulotniła się bez śladu, z trudem wepchnęłam w siebie namiastkę śniadania i zaczęliśmy w pośpiechu zwijać obóz.

Na wystawę dotarliśmy bez nadmiernego zapasu czasowego i bardzo byliśmy zadowoleni, że poprzedniego dnia udało nam się znaleźć parking przed samym wejściem do hali i teraz już wiemy jak do niego dotrzeć. Okazało się jednak, że nie jest on przeznaczony dla zwykłych obywateli. Ruszyliśmy więc na parking, z którego korzystaliśmy dnia poprzedniego, ale po drodze znaleźliśmy bardzo przyzwoity placyk, na którym były jeszcze wolne miejsca. Wykorzystaliśmy jedno z nich i udaliśmy się na wystawę, podtrzymując się wzajemnie na duchu.

Spodziewanych luksusów nie zarejestrowałam. Ringi mieliśmy niewielkie, na terenie parkingu podziemnego, było ciemnawo i mało przewiewnie. Ale i w tak niedogodnych warunkach polska reprezentacja poczynała sobie bardzo dzielnie. W klasie młodzieży trzecie miejsce zajął AMERICAN DOLLAR z Arislandu, a czwarte ALLODEE Cinnamon's. WAKACYJNA MIŁOŚĆ z Arislandu, znana powszechnie jako Faza była czwarta  w klasie otwartej, gdzie suk zgłoszonych było nieco ponad trzydzieści. ALLISON of Macleod  czwarta w klasie championów gordonów, a GAMBIT Syndykat W-kropków trzeci w championach. Zresztą dokładne wyniki już są dostępne. Jachcik wystąpił w klasie otwartej, liczącej 24 psy, z czego połowa dostała oceny doskonałe, a druga połowa bardzo dobre. Jachcik znalazł się w tej drugiej połowie, co mnie na jakiś czas zgnębiło, ale Wim (to ten, od którego mamy Aneczkę) pospieszył mi na pomoc z kubeczkiem wody, która okazała się być wodą ognistą. Jako, że od rana nic nie jadłam, to nie powiem, żeby mi się zrobiło lepiej, ale na pewno inaczej. W każdym razie cierpienia duchowe przekształciły się w fizyczne.

Plan wycieczki przewidywał wizytę w Belgii u Wima, więc nie czekając na finały, ruszyliśmy do samochodu. Najpierw nie pamiętaliśmy, gdzie go zostawiliśmy, a jak już sobie przypomnieliśmy, to okazało się, że go tam NIE MA. I nie tylko jego. Na tym wspaniałym, wręcz stworzonym do parkowania placyku nie było ŻADNEGO samochodu. Tajemnicze zniknięcie pojazdu wyjaśnił nam Wim, odczytując  napis, który po niemiecku głosił zakaz parkowania pod groźbą mandatu i odholowania samochodu w nieznane. Po drugiej stronie ulicy ściągany był właśnie kolejny samochód na oczach jego właścicieli, którzy prowadzili donośną, ale mało skuteczną wymianę zdań z policjantem. Poszliśmy podyskutować i my, ale udało nam się jedynie wyekspediować RaVa do miejsca pobytu naszego wehikułu. Wrócił prawie po dwóch godzinach, bez samochodu, i zarządził zbiórkę eurów, bo mu nie starczyło. Chciał zapłacić karta, ale się nie zgodzili, chociaż nie wiedzieli, że RaV i tak nie pamięta PINu. Uratował nas dortmundzki znajomy Misialinków, dzięki któremu pojazd został dość szybko odzyskany i mogliśmy wyruszyć nim do Belgii.

I to był koniec przykrych niespodzianek, bo dalej spotykały nas już same przyjemności. U Wima zostaliśmy obficie nakarmieni i napojeni, a następnego dnia przenieśliśmy ideę spacerów na ziemię belgijską przemierzając belgijskie pola w składzie:

RUDE: Jachcik i Ashley

CZARNE: Alis i Chucky.

Powrót do domu upłynął nam też bez większych przeszkód, chociaż granica belgijsko-holenderska, której po drodze do Wima nie było, w drodze powrotnej nagle się zmaterializowała. Zostaliśmy poproszeni o prawo jazdy i inne dokumenty oraz zapytani czy nie posiadamy narkotyków (a mówią, że w Holandii można!). Samochód przed nami został poddany dość dokładnej rewizji, a kierowca wręcz obmacaniu, ale nam udało się tego uniknąć.

Dalej obeszło się bez niespodzianek i bezpieczne wróciliśmy do kraju, w którym dowiedziałam się o sukcesach naszej grupy oddelegowanej do Płocka.

 

 

 



Copyright © Fokker's
Projekt i Wykonanie:Neiven WebDesign
All rights Reserved