NAGRODZONA ZA PASJĘ

Renata Czechowska, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (biologia) i Szkowły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (ogrodnictwo i architektura krajobrazu), za pracę w sekcji wyżłów w Oddziale Warszawskim ZKwP została nagrodzona Brązową Odznaką Związku Kynologicznego w Polsce, asystentka eksterieru i pracy psów myśliwskich. Jest również laureatką nagrody specjalnej „Za Pasję”, przyznanej w ubiegłym roku przez nasz dwumiesięcznik.

Skąd się wziął w domu seter?

 

Seter w naszym domu wziął się stąd, że bardzo chciałam mieć psa, a mój ojciec zgodził się pod warunkiem, że to będzie seter. Dlaczego akurat seter do dziś nie wiem, bo nigdy wcześniej setera ani żadnego innego psa nie miał, więc musiał to być przebłysk geniuszu. Ale wtedy wcale nie byłam zachwycona, bo pod wpływem Szarika oraz psa Cywila marzyłam o owczarku niemieckim. Miałam nie więcej niż 12 lat, więc można mi to wybaczyć. Nie protestowałam jednak, bo zgoda na psa była i tak wielkim sukcesem. W ten sposób w naszym domu pojawił się Wiker. Ojciec dokupił mi do niego dwie książki o szkoleniu psów, i znów miał przebłysk geniuszu, bo jedną z nich było „Szkolenie psów myśliwskich” majora Gieżyńskiego. Mnie jednak bardziej przypadła do gustu druga, o szkoleniu psów obronnych, i major Gieżyński poszedł w odstawkę na dobre 10 lat. Dla usprawiedliwienia przypominam, że byłam wtedy mocno nieletnia.

Wikera na szczęście na psa obronnego nie udało mi się wyszkolić, natomiast po początkowym okresie rozczarowań, że nie jest tak genialny jak psy filmowe, doszliśmy do porozumienia i wychowałam go na całkiem posłusznego setera. Kiedy przyszło nam się z nim rozstać, nie miałam wątpliwości, że jego następcą musi być również seter. I tak w domu nastał Fokker, a po sześciu latach dołączył jego syn Jager-Jacht.



Nie jesteś myśliwym i w domu też nie ma takich tradycji. Skąd pomysł, żeby układać setera do polowania?

 

To jest bardzo długa historia, a nasza droga do użytkowości zaczęła się dość nietypowo, bo od wystaw. Początkowo Fokkera w ogóle nie zamierzaliśmy wystawiać, a kiedy postanowiliśmy jednak spróbować, to miał już skończone dwa lata. Oczywiście chodziło nam o zdobycie uprawnień hodowlanych, i spotkała nas przykra niespodzianka, bo oprócz ocen z wystaw wymagane były też próby polowe. A na nie Fokker był już za stary i znaleźliśmy się w sytuacji patowej. Regulaminy konkursów i field trialsów napawały mnie zgrozą, a o oddaniu psa na szkolenie nawet myśleć nie chciałam. W końcu okazało się, że ten przepis Fokkera jednak nie dotyczy, a wkrótce potem zorganizowano próby, w których wyjątkowo mogły brać udział psy starsze. I tu ogromna zasługa nieżyjącego już niestety pana Kurowskiego , kierownika sekcji wyżłów brytyjskich w Warszawie, który na te próby wypchnął nas prawie siłą. Odnalazłam na półce „Szkolenie psów myśliwskich”, żeby mieć chociaż blade pojęcie o tym, czym się powinniśmy wykazać. Na szczęście zasady posłuszeństwa Fokker miał już wpojone, więc pozostało je odpowiednio wykorzystać.

Przy okazji odkryłam, że o wiele przyjemniej jest na spacerze brać udział w tym, co pies robi, a nie tylko pilnować, żeby się za bardzo nie oddalał. Fokker był chyba podobnego zdania i te treningowe spacery bardzo nas do siebie zbliżyły. Na próbach wypadliśmy nadspodziewanie dobrze, zostałam nawet pochwalona za prowadzenie psa, i wtedy zaczęłam się zastanawiać nad konkursami. Droga od pomysłu do jego realizacji była długa, ale po kilku latach ćwiczeń odważyłam się wystartować. Za pierwszym razem się nie udało, ale już drugie podejście zakończyło się pełnym sukcesem – na konkursie w Pszczynie zdobyliśmy dyplom I stopnia i trzecią lokatę.



Uważa się, że konkurs pracy wyżłów w klasie wielostronnej jest trudniejszy niż field trialsy. Widzę, że nie poszłaś na łatwiznę…

 

Z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że są bardziej zbliżone do tego, czego się od wyżła oczekuje na polowaniu, a ja lubię jak można coś wykorzystać w praktyce. Field trialsy to bardziej jak dyscyplina sportu, takie łyżwiarstwo figurowe na przykład. Piękne, ale mało praktyczne. Fokker i Jager uwielbiają pracę w wodzie, nieźle aportują i szkoda by było nie wykorzystywać wszystkich ich możliwości.

W field trialsach zresztą też startowaliśmy, ale bez sukcesów i chyba pozostaniemy na razie przy konkursach. Nie mamy w okolicy wystarczająco rozległych, otwartych terenów do treningu, Fokker jest już na emeryturze, a Jager zdecydowanie lepiej pracuje w pojedynkę. Ale nie wykluczam, że w bliżej nieokreślonej przyszłości sprawię sobie pointera z przeznaczeniem wyłącznie field-trialsowym, bo lubię nowe wyzwania, a pointer w polu jest widokiem fascynującym.



Dużym problemem dla niemyśliwych jest zdobycie „pomocy naukowych” – kaczka, bażant, zając – z tym wszystkim szkolony pies musi się zapoznać. Robiłaś zakupy w delikatesach??

 

Zdobycie pomocy naukowych było początkowo moim głównym problemem, ale jeśli czegoś się bardzo potrzebuje, to rozwiązania same się pojawiają. Poznałam ludzi, którzy mieli bażancią fermę, a i hodowlę królików udało się dość szybko zlokalizować. Tereny treningowe mam na szczęście pod ręką, bo chociaż mieszkam na osiedlu z wielkiej płyty, to nieopodal zachowały się jeszcze dzikie pola z bażantami i kuropatwami, a czasem nawet spotykamy zająca. Staramy się raczej trenować w dni powszednie, bo są to popularne tereny spacerowe i widok dziewczęcia ciągnącego na sznurku nieżywego królika nie jest tym, co ludzie chcieliby oglądać na niedzielnym spacerze.



Dosyć często zdarza się, że „pewniak” podczas jakiejś konkurencji zawiedzie; nie uda mu się opanować zadania, zdawałoby się opanowanego do perfekcji…

 

Oczywiście, że się zdarzyło, i to nie raz. Najgorzej wspominam aport z lądu w wykonaniu Jachta na Memoriale Milana Novotneho w Czechach. To była ostatnia konkurencja, a my mieliśmy z poprzednich komplet punktów i czułam się już zupełnie bezpiecznie, bo ćwiczyliśmy to setki razy i byłam pewna, że lepiej czy gorzej, ale Jacht tę kaczkę przyniesie. A tymczasem on ją w pięknym stylu znalazł, powąchał i pobiegł dalej. W oczach mi pociemniało, ale na szczęście udało mi się ten aport wyegzekwować i wszystko się dobrze skończyło, choć oczywiście komplet punktów diabli wzięli. Do dziś śni mi się to po nocach.



Dwa ułożone wielostronnie irlandy to chyba dopiero początek?

 

Plany na przyszłość są ściśle związane z seterami, konkursami i łowiectwem. Obecnie jestem stażystką w kole ‘Brać Łowiecka’ SGGW i jak dobrze pójdzie, to za jakiś czas sama będę miała możliwość praktycznego wykorzystania umiejętności moich rudych. Na razie korzystamy z uprzejmości znajomych myśliwych, którzy zapraszają nas czasem na polowania i z usług Jachta są całkiem zadowoleni. Na pewno przed nami jeszcze mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że będzie z niego prawdziwy pies myśliwski, który udowodni, że setery potrafią być nie tylko piękne, ale też mądre i użytkowo nie gorsze od innych wyżłów.

Dziękuję za rozmowę

Bogdan Ludowicz

 

 

 



Copyright © Fokker's
Projekt i Wykonanie:Neiven WebDesign
All rights Reserved