JAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Bim Wzgórze Wiatrów urodził się jesienią 1994 roku, zupełnie nieświadom tego, jak ciekawe życie go czeka i jak wielką rolę odegra w życiu swoich nowych właścicieli. My też nic o nim nie wiedzieliśmy i pewnie nigdy byśmy się nie spotkali, gdyby w Boże Narodzenie tego samego roku nie opuścił nas Wiker, nasz pierwszy pies i pierwszy seter irlandzki. Nie mieliśmy wątpliwości, że pustka, jaką po sobie zostawił, musi zostać wypełniona kolejnym seterem. I w ten sposób pewnego zimowego popołudnia zamieszkał u nas mały Bim, nazwany Fokkerem. Czas mijał szybko, Foczek rósł i piękniał, a jego prawdziwe imię kurzyło się w szufladzie wraz z wyrobionym „na wszelki wypadek” rodowodem. Poprzedni pies był tak zwanym „siódmym”, bez metryki, więc kwestia wystaw w ogóle nie istniała. Stwierdziliśmy, że Fokkerowi też nie są one do szczęścia potrzebne i przez ponad dwa lata nic nie zakłócało jego spokojnej egzystencji oraz przybierania na wadze. Niezbadane są jednak wyroki losu, który, mając widocznie na uwadze dobro figury Foczka, postawił na naszej drodze pana Włodzimierza Szyca. Właściciel słynnych niegdyś Fingali, w tym pierwszego w Polsce setera irlandzkiego z tytułem interchampiona, uznał Fokkera za godnego przedstawiciela rasy i zachęcił nas do wystawiania. Najbardziej przekonującym argumentem była możliwość legalnego rozmnożenia naszego Skarbu. Wiedzieliśmy już jak to jest z dnia na dzień zostać bez psa i zapragnęliśmy zapewnić ciągłość dynastii Foczków.

WYSTAWY

No i zaczęło się. Fokkera trzeba było odchudzić, ostrzyc i nauczyć pozycji wystawowej. O ile pierwsze przyjął z wdzięcznością, bo nagle wzrosła częstotliwość spacerów, o tyle dwa następne punkty wzbudziły pewien sprzeciw. Po jakimś czasie trening przedwystawowy przestał jednak przypominać taniec świętego Wita i uzyskaliśmy efekty zbliżone do obserwowanych na zdjęciach i filmach z wystaw, dostarczanych nam przez Mistrza w postaci pana Szyca. Kiedy wreszcie nadszedł dzień wystawy, czułam się jak przed maturą i chciałam uciekać, ale kości zostały rzucone. Fokker na widok tłumu ludzi i psów spłoszył się straszliwie i na ringu, zamiast tak długo trenowanej postawy, zaprezentowaliśmy taniec plemienny buszmenów. Ostatecznie jednak wśród ośmiu psów zajęliśmy czwarte miejsce z oceną doskonałą. Ocena naszych wyczynów choreograficznych, wygłoszona przez Mistrza, brzmiała natomiast: „kupa nieszczęścia”. I była to szczera prawda. No cóż, debiut może nie wypadł rewelacyjnie, ale postanowiliśmy brnąć dalej. W końcu jedną ocenę doskonałą już mamy, jeszcze potrzebujemy dwóch i mamy reproduktora, myśleliśmy radośnie, nie wiedząc, co nas czeka. A ja postanowiłam nigdy już nie być „kupą nieszczęścia” i rozpoczęłam treningi ze zdwojoną energią. Dwa miesiące później Fokker zaprezentował się w ringu jak doświadczony bywalec wystaw, zajęliśmy drugie miejsce, a ja poczułam, że zaczyna mi się to podobać. Wkrótce potem w Sopocie odnieśliśmy nasze pierwsze zwycięstwo i wtedy wystawy wciągnęły nas na dobre.

PRÓBY POLOWE I KONKURS

Pełni optymizmu poszliśmy zarejestrować naszego reproduktora i wówczas nadciągnęły czarne chmury. A próby polowe? Próby polowe?! O tym nie wiedzieliśmy, a Fokker był już na nie za stary. W takim razie konkursy. Przeczytałam regulamin konkursów i zrobiło mi się słabo. O oddaniu psa na szkolenie nie było mowy, wśród rodziny i znajomych nie mieliśmy myśliwych – to już koniec, pomyśleliśmy. Nie będzie małych Foczków, koniec z wystawami. Rozwiązania przyszły niespodziewanie, i to aż dwa. Najpierw okazało się, że Fokker skończył dwa lata zanim wszedł przepis o obowiązkowych próbach polowych, a zatem go nie dotyczy. A jakiś czas później, wyjątkowo, zostały zorganizowane próby polowe dla psów starszych niż przepisowe 24 miesiące. Z duszą na ramieniu zgłosiliśmy na nie Foczka. Przeczytałam regulamin prób, odnalazłam nudzącą się na półce książkę o szkoleniu psów myśliwskich i ruszyliśmy w pole. Początki znów były trudne. Fokker, przyzwyczajony do samodzielnego hasania, płoszenia i gonienia zwierzyny, nic sobie ze mnie nie robił. Grzęzłam w błocie, przedzierałam się przez chaszcze, gwizdałam jak lokomotywa, a on robił co chciał. Prawdopodobnie robił to całkiem nieźle, ale wtedy jeszcze nie umiałam tego ocenić, a poza tym zwykle był za daleko, żeby cokolwiek widzieć. Po jakimś czasie zaczęłam zauważać miejsca szczególnie lubiane przez bażanty i tam starałam się Foczka skierować. Wreszcie stwierdził, że i ja wiem coś o polowaniu i zgodził się na współpracę. W ostatniej chwili, bo dzień prób zbliżał się niepokojąco. W końcu zbliżył się zupełnie i znów poczułam się jak przed maturą. W pamięć zapadł mi bardziej regulamin konkursów niż prób i o umiejętnościach Fokkera miałam niewielkie mniemanie. Jakież było więc moje zdumienie, kiedy po powrocie z pola zobaczyłam uśmiechniętą komisję sędziowską i w dodatku zostałam pochwalona za dobre prowadzenie psa. Zdobyliśmy dyplom I stopnia, o którym nawet nie marzyłam i zajęliśmy siódme miejsce. Zachęciło mnie to do dalszego rozwijania umiejętności Fokkera w dziedzinie łowiectwa, co przyjął z wielkim zadowoleniem. Jesienią zeszłego roku odważyłam się zgłosić go na konkurs i mało brakowało, a wrócilibyśmy z dyplomem. Nie zdaliśmy jedynie z włóczki królika, pewnie dlatego, że uczyliśmy się tylko na bażantach. Ale włączyliśmy już królika do programu zajęć i w tym roku spróbujemy ponownie.

CHAMPIONAT

Na sopockiej wystawie uzyskaliśmy pierwsze CWC, co otworzyło przed nami drogę do championatu. Jeszcze dwa CWC z wystaw krajowych i mamy championa, myśleliśmy optymistycznie, znów nie wiedząc, co nas czeka. A czekało nas jeszcze piętnaście wystaw w ciągu dwóch sezonów i wiele chwil zwątpienia. Przeważnie zajmowaliśmy drugie miejsce. Z oceną doskonałą, świetnym opisem, ale oczywiście bez CWC. Dwa razy zajęliśmy pierwszą lokatę, a nawet wygraliśmy grupę, ale też bez CWC. Jednak zahartowani w bojach z przeciwnościami losu nie poddaliśmy się i postanowiliśmy pecha przeczekać. Wreszcie ustąpił, championat został ukończony, a zaraz później, jakby w nagrodę za wytrwałość, sypnęło pucharami. Kilkakrotnie wygraliśmy grupę, a raz nawet Best in Show.

BREZA I RUDE ZIÓŁKA

Mieliśmy zatem reproduktora, championa, pokaźną kolekcję pucharów i medali, a suki jakoś nie ustawiały się do nas w kolejce. Na pocieszenie mówiliśmy sobie, że nie spotkaliśmy jeszcze takiej, która pasowałaby do Fokkera. Już zaczynaliśmy myśleć o klonowaniu, kiedy spotkaliśmy Brezę Harpol. Zwróciła naszą uwagę śliczną główką z tak ujmującym wyrazem, jaki zachwycał nas u Fokkera, a którego nie znajdowaliśmy u innych suczek. Reszta Brezy też nie budziła zastrzeżeń, postanowiliśmy więc wypaść na wystawie jak najlepiej, a następnie złożyć oświadczyny. Niestety, nasz pech znów ukazał swe straszliwe oblicze. W ringu zbyt późno rozpoczęłam hamowanie i Fokker wpadł na psa biegnącego przed nami. Obaj poczuli się obrażeni i postanowili to na miejscu wyjaśnić. W efekcie zostali zdyskwalifikowani za złe zachowanie i poczuliśmy, że to nie jest właściwy moment, aby zwrócić się do państwa Brezy o jej rękę. Zrobiłam to jakiś czas później listownie i nadspodziewanie szybko dostałam odpowiedź pozytywną. Nie wierzyliśmy własnemu szczęściu! Fokker miał narzeczoną i to w dodatku dokładnie taką, jakiej szukaliśmy. Na szczeniaki musieliśmy jednak jeszcze trochę poczekać, bo Breza była jeszcze bardzo młoda. Wreszcie jednak w marcu 2001 roku przyszło na świat ośmiu Małych Foczków i pięć Małych Brezek, czyli szczęśliwa trzynastka z hodowli ‘Rude Ziółko’. A wśród nich Jager-Jacht, czyli mój mały Jachcik, długo oczekiwany następca tronu. Mam nadzieję, że poradzi sobie i na wystawach i na konkursach. W wieku siedmiu miesięcy zdobył dyplom I stopnia z prób polowych, a później w Poznaniu wygrał klasę szczeniąt. To dobry początek, ale przed nami na pewno dużo jeszcze wzlotów i upadków. Znając jednak przebieg i zakończenie historii Fokkera, upadki będziemy znosić cierpliwie i z godnością – nasz pierwszy champion i Breza za kilka tygodni spodziewają się powiększenia rodziny Rudych Ziółek.

Renata Czechowska

Copyright © Fokker's
Projekt i Wykonanie:Neiven WebDesign
All rights Reserved