Fokker użytkowy

Pogoda w Pszczynie była paskudna, pochmurna i mżawkowa i takie też nasze nastroje. Zapowiedziałam Fokkerowi, że to jego ostatnia szansa na dyplom, bo muszę się wreszcie zająć na poważnie edukacją Jachcia. I że jak coś schrzani, to będzie żałował do końca życia. Chyba się przejął, bo nawet nie miał ochoty przywalić żadnemu z licznie zgromadzonych wyżłów niemieckich, których z zasady nie lubi.

    Wreszcie przyszedł czas losowania numerów startowych i rozdzielania do poszczególnych konkurencji. Wstąpiło w nas trochę otuchy, bo zostaliśmy wysłani nad wodę, a to nam wychodzi najlepiej. Razem z nami pojechały dwa wyżły niemieckie: Chanel i Axel z bardzo miłymi panami, którzy jednak patrzyli na naszą żeńsko-seterzą parę dość nieufnie. Podobnie zresztą jak sędziowie.

    Zaczęliśmy od bobrowania w szuwarach, a to Fokker robi rzeczywiście dobrze. Ruszył w szuwary jak czołg i zaczął z entuzjazmem chlupotać. Sędziowie wyrazili zdumienie: 'jak na setera to całkiem nieźle' - orzekli. 'Całkiem nieźle' wyglądało lepiej niż w wykonaniu naszych poprzedników, więc poczułam się nieco urażona. Ale stałam sobie dalej spokojnie,  chlupotanie coraz bardziej się oddalało, a z szuwarów wylatywały kaczki. Wreszcie sędziowie orzekli, że Fokker wie, co robi i widać nie pierwszy raz. W dowód uznania dali nam czwórkę z plusem, kazali odwołać i szukać wrzuconej w szuwary kaczki. To też poszło nam bardzo sprawnie i zostało nagrodzone brawami konkurencji. Przynoszenie kaczki z głębokiej wody również nie sprawiło nam trudności, choć musiałam Fokkerowi przypomnieć, że przed otrząśnięciem się z wody należy usiąść i kaczkę oddać, za co straciliśmy jeden punkt.

    Nieco podniesieni na duchu ruszyliśmy na duże pole, gdzie mieliśmy popisać się szukaniem, stójką i aportowaniem. Tam napotkaliśmy sporą kolejkę, bo sędziowanie było nad wyraz sumienne, zawodnicy znikali na dłuższy czas, a po powrocie ich dokonania były przez szanowną komisję publicznie omawiane. Zwierzyny na szczęście nie brakowało, więc każdy prędzej czy później trafiał na bażanta czy stadko kuropatw. Deszcz się wzmógł, wiatr hulał, mokry Fokker trząsł się z zimna i zniecierpliwienia, a ja dodatkowo ze strachu, że jak go wreszcie puszczę, to w euforii rozpędzi wszystkie bażanty bez żadnego wystawiania. Wreszcie przyszła nasza kolej i Fokker zademonstrował swoje chody w całej okazałości. Mieliśmy dojść do wypatrzonego wcześniej stadka kuropatw, ale żeby było pod wiatr, to okrężną drogą. Jak się okazało pełną chaszczy, kukurydzianych pól i różnych niespodzianek. W kukurydzy Fokker zniknął i po chwili wypłoszył kilka bażantów. Zmroziło mnie nieco i spłoszona patrzę na sędziego co on na to. A on na to, żeby iść dalej, bo skąd wiadomo, czy on tam stójki nie zrobił, a przecież w kukurydzy i tak byśmy go nie znaleźli. No to poszliśmy, tym razem w wysokie zarośla na podmokłej łące. Mężnie oparliśmy się pokusie pogonienia zająca i sarny. Fokkera lokalizowałam bardziej na słuch, bo prawie go nie było widać. Nagle wszystko ucichło, ale zanim zdążyłam się na dobre zdenerwować, dostrzegłam rudy łeb ledwie wystający ponad bujne sitowia. Wiedziałam, że jak już stanął, to może tak stać  do końca świata, ale zastanawiałam się, czy bażant tyle wytrzyma. Sędziowie zostali dość daleko w tyle, więc zaczęłam dawać rozpaczliwe znaki, z czego najbardziej wymowna była chyba zademonstrowana przeze mnie stójka. W końcu dotarli i mogli sobie Foczka wystawiającego pooglądać do woli. W końcu jednak ktoś głośniej zaszeleścił i bażant eksplodował z sąsiedniej kępy. Rozległy się strzały, Fokker dalej stał jak wmurowany, a ptak uszedł z życiem. Aportować trzeba było więc bażanta już używanego, ale tego zupełnie się nie obawiałam, bo mieliśmy to dobrze przećwiczone. Okazało się jednak, że wielokrotnego użytku, mokry i zapluty ptak był dość obrzydliwy. Fokker źle go złapał i po drodze musiał sobie poprawić, więc zamiast czwórki była trójka, ale i tak zebraliśmy ogromne pochwały. A pan Axela powiedział, że całkowicie zmienia negatywne dotąd zdanie o seterach.

    Całkiem już z wyżłami zaprzyjaźnieni ruszyliśmy na odszukiwanie zagubionej zwierzyny i włóczki, których najbardziej się obawiałam. W dodatku króliki były całkiem świeże, a my ćwiczyliśmy tylko na takim już dobrze sztywnym. Z odszukiwaniem zagubionej zwierzyny poradziliśmy sobie błyskawicznie, choć przy króliku przeżyłam chwile grozy. Fokker stwierdził, że on jakiś inny niż dotychczas używany i miał wątpliwości czy go w ogóle podnosić. Myślałam, że powtórzy się historia sprzed roku, ale wreszcie się przemógł i przyniósł. Taki był zadowolony z siebie, że zamiast przyzwoicie usiąść, stał przede mną i robił radosne wygibasy. Nie chciałam znów tracić punktów, więc zamiast: 'siad' powiedziałam lodowatym tonem: 'Fokker, czekam!'. Skutek był natychmiastowy, a sędziowie mało nie padli ze śmiechu i czwórkę postawili.

    A włóczki poszły prawie bezstresowo, choć z dolnym wiatrem i trzymaniem tropu niewiele to miało wspólnego. Chanel i Axel poszli jak po sznurku, a Fokker po dobrym początku trochę kółek pozataczał. Cel został jednak osiągnięty, a aport tak ładnie oddany, że trójki dostaliśmy.

    Po chwili euforii udaliśmy się na zasłużoną grochówkę i doczekaliśmy ogłoszenia wyników. Okazało się, że nasza trójka, czyli Chanel, Axel i Fokker zajęła prawie całe podium. Chanel była pierwsza, druga Pola pana Dembinioka, a trzeci Fokker. Radościom i gratulacjom nie było końca i przeciągnęły się jeszcze na uroczystą kolację z dzikiem w roli głównej.

    Teraz Fokker otaczany jest nabożną czcią, a Jachcik szkolony ze zdwojoną siłą. W przyszłym roku to on wyrusza do boju.

 

Copyright © Fokker's
Projekt i Wykonanie:Neiven WebDesign
All rights Reserved